Kontynuacja „Igrzysk śmierci”, przeboju zrealizowanego na podstawie pierwszej części trylogii Suzanne Collins. Niespodziewani zwycięzcy ostatnich Głodowych Igrzysk, Katniss i Peeta, odbywają tournee po kraju. Wszędzie przyjmowani są nie tylko jako gwiazdy popkultury, ale i symbol walki z władzą, co rusz na trasie ich przejazdu wybuchają więc zamieszki, a przedstawiciele opozycji znikają bez śladu. Władza ma świadomość, że rosnąca popularność młodych gladiatorów może przyczynić się do wybuchu wielkiej rewolty. Prezydent Snow organizuje więc kolejne Głodowe Igrzyska, a że będą one jubileuszowe, 75., wystąpią w nich wszyscy żyjący dotychczasowi zwycięzcy, także Katniss i Peeta. To świetny sposób, by w elegancki sposób, nie brudząc sobie rąk, pozbyć się niewygodnych młodych mistrzów.
Jeden z nielicznych sequeli, które nie tylko przebił wyniki box-office’u oryginału (pierwsza część zarobiła około 700 milionów dolarów, druga prawie 900 milionów), ale i dorównał mu poziomem artystycznym. Co prawda w ogólnym zarysie fabuła powtarza mniej więcej to, co oglądaliśmy w „jedynce” (czyli kolejno mamy wprowadzenie, treningi, potem zmagania w lesie), ale i odsłania nam nowe pokłady matactw prezydenta Snowa, nowe możliwości manipulowania tłumów przez media i jeszcze dobitniej pokazuje niebezpieczne koligacje między polityką a popkulturą.
Pojawiają się nowe ciekawe postacie – cała plejada zwycięzców poprzednich turniejów i trudny do rozgryzienia Plutarch, grany przez zmarłego niedawno Philipa Seymoura Hoffmana – technicznie rozmach jest chyba jeszcze większy (bo i budżet był o ponad 50 milionów „zielonych” obfitszy). Co natomiast razi w produkcji Francisa Lawrence’a (z powodzeniem zastąpił Gary’ego Rossa)? Kilka dłużyzn na początku i dość bezczelne, choć marketingowo umotywowane (artystycznie niestety nie), rozciąganie przygód bohaterów w końcówce, tylko po to, by urwać je w najbardziej ekscytującym momencie – w ten sposób fani będą musieli wyruszyć do kina na trzecią odsłonę…
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
niedziela, 11 września 2016
piątek, 9 września 2016
Recenzja Pacific Rim - yoy.tv
„Pacific Rim” to techniczne cacko, które nie udaje Wielkiego Kina, którym nie jest: to produkt typowo rozrywkowy, skierowany dla konkretnych odbiorców. I na pewno ich nie zawiedzie.
Zazwyczaj potwory pojawiające się na Ziemi są wytworem szalonych naukowców lub zwyczajnie przylatują sobie z innej planety. W „Pacific Rim” jest inaczej – oto na dnie Oceanu Spokojnego otwiera się… portal do innego świata. Stamtąd w odwiedziny wpadają wyjątkowo niszczycielskie bestie przypominające zmutowane dinozaury. Goście niszczą przybrzeżne miasta, rozpoczynają podbój planety. Armia początkowo jest bezradna, ale wkrótce na jej wyposażeniu znajdą się gigantyczne mechy Jaegery – roboty sterowane przez siedzących w nich żołnierzy. Rozpoczynają się bitwy gigantów, w których obie strony mają równe szanse na zwycięstwo…
Guillermo del Toro zdawał sobie sprawę, że nie może tej historii opowiedzieć ani specjalnie serio (nie ma w niej więc kretyńskiego patosu rodem z finału „Transformersów”), ani ze zbytnim przymrużeniem oka – udanie wybrał drogę środka. A przy tym zrealizował wizje z dzieciństwa w którym potwory były wielkie jak góry, co znalazło swój wyraz w operowym monumentalizmie filmu. Wszystko jest w nim od samego początku tak komiksowe i rozdmuchane, że nie ma sensu analizować „głębi bohaterów” itp. Reżyser nie ukrywa, że interesuje go tylko dobra zabawa i kolejne sekwencje walk dużych stworów z dużymi robotami (a w tle owszem, jest miłość, jest wątek zemsty za śmierć brata, ścieranie się dwóch koncepcji obrony przed Kaiju, jak nazwano przybyszów). I te sekwencje wypadają bardzo widowiskowo, są z pewnością lepsze i bardziej wyraziste niż te w podobnych było nie było, wspomnianych już wcześniej „Transformersach”. Jeśli ktoś lubi ten typ kina, na pewno nie będzie żałował – jest tutaj na co popatrzeć, a i dialogi to nie tylko rzucanie „wymyślnymi” ripostami.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Zazwyczaj potwory pojawiające się na Ziemi są wytworem szalonych naukowców lub zwyczajnie przylatują sobie z innej planety. W „Pacific Rim” jest inaczej – oto na dnie Oceanu Spokojnego otwiera się… portal do innego świata. Stamtąd w odwiedziny wpadają wyjątkowo niszczycielskie bestie przypominające zmutowane dinozaury. Goście niszczą przybrzeżne miasta, rozpoczynają podbój planety. Armia początkowo jest bezradna, ale wkrótce na jej wyposażeniu znajdą się gigantyczne mechy Jaegery – roboty sterowane przez siedzących w nich żołnierzy. Rozpoczynają się bitwy gigantów, w których obie strony mają równe szanse na zwycięstwo…
Guillermo del Toro zdawał sobie sprawę, że nie może tej historii opowiedzieć ani specjalnie serio (nie ma w niej więc kretyńskiego patosu rodem z finału „Transformersów”), ani ze zbytnim przymrużeniem oka – udanie wybrał drogę środka. A przy tym zrealizował wizje z dzieciństwa w którym potwory były wielkie jak góry, co znalazło swój wyraz w operowym monumentalizmie filmu. Wszystko jest w nim od samego początku tak komiksowe i rozdmuchane, że nie ma sensu analizować „głębi bohaterów” itp. Reżyser nie ukrywa, że interesuje go tylko dobra zabawa i kolejne sekwencje walk dużych stworów z dużymi robotami (a w tle owszem, jest miłość, jest wątek zemsty za śmierć brata, ścieranie się dwóch koncepcji obrony przed Kaiju, jak nazwano przybyszów). I te sekwencje wypadają bardzo widowiskowo, są z pewnością lepsze i bardziej wyraziste niż te w podobnych było nie było, wspomnianych już wcześniej „Transformersach”. Jeśli ktoś lubi ten typ kina, na pewno nie będzie żałował – jest tutaj na co popatrzeć, a i dialogi to nie tylko rzucanie „wymyślnymi” ripostami.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
środa, 7 września 2016
Recenzja Zakładnik (Collateral) - yoy.tv
Kierowca taksówki zgadza się zostać na jedną noc szoferem mężczyzny, który twierdzi, że zajmuje się nieruchomościami i ma parę spotkań do porannego odlotu. Wkrótce żałuje tej decyzji.
W Hollywood większość ról jest rozdanych: są aktorzy komediowi, są ci dopasowani jako czarne charaktery, są także „dziewczyny z sąsiedztwa” i fatalne wampy. Dasz się tak zaszufladkować i do końca życia grasz jeden typ bohaterów. Ale gdy się nie dasz – możesz mieć problem z filmami, bo producenci i reżyserzy nie wiedzą jak cię obsadzić. Znaczy, tak źle i tak niedobrze. Tylko największe gwiazdy mogą sobie pozwolić na zmianę ustalonego image’u, dzięki któremu zdobyli popularność. A na dodatek dość rzadko im się to udaje. Tak właśnie przegrał Robin Williams, który kiedy zaczął się wypalać jako komik, próbował zagrać w thrillerach. Jednak „Zdjęcie w godzinę” okazało się porażką, a w „Bezsenności” nie dorównał Alowi Pacino.
Tom Cruise całe życie grał dobrych chłopców, ale niepokornych. Takich, co to nie słuchają innych, mądrzejszych i bardziej doświadczonych, popełniają błędy, ale w końcu nabierają oleju do głowy i wszystko kończy się szczęśliwie. Jednak w „Zakładniku” zdecydował się na zwrot o 180 stopni: wbrew swojemu dotychczasowemu image’owi zagrał czarny charakter. Z włosami ufarbowanymi na słomiany blond, wciela się w Vincenta, zawodowego mordercę, który ma do wykonania trudne zadanie: pięć zabójstw jednej nocy. Potrzebny jest mu jednak środek lokomocji. Najbardziej anonimowym wydaje się taksówka. Wynajmuje więc na całą noc pojazd kierowany przez czarnoskórego Maksa. Jednak już po pierwszym zabójstwie kierowca orientuje się, kim jest Vincent…
„Zakładnika” wyreżyserował stary wyjadacz, Michael Mann, twórca m.in. „Gorączki”, „Informatora” i „Alego”. Jest więc tu wszystko, co potrzeba: oryginalny pomysł, napięcie, tempo, zaskoczenie. Tom Cruise nie do końca zachwycił krytyków i widzów, którzy wyraźnie woleli go w pozytywnych rolach. Za to „Zakładnik” okazał się wielkim triumfem Jakiego Foksa, którego wyniósł na sam szczyt.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
W Hollywood większość ról jest rozdanych: są aktorzy komediowi, są ci dopasowani jako czarne charaktery, są także „dziewczyny z sąsiedztwa” i fatalne wampy. Dasz się tak zaszufladkować i do końca życia grasz jeden typ bohaterów. Ale gdy się nie dasz – możesz mieć problem z filmami, bo producenci i reżyserzy nie wiedzą jak cię obsadzić. Znaczy, tak źle i tak niedobrze. Tylko największe gwiazdy mogą sobie pozwolić na zmianę ustalonego image’u, dzięki któremu zdobyli popularność. A na dodatek dość rzadko im się to udaje. Tak właśnie przegrał Robin Williams, który kiedy zaczął się wypalać jako komik, próbował zagrać w thrillerach. Jednak „Zdjęcie w godzinę” okazało się porażką, a w „Bezsenności” nie dorównał Alowi Pacino.
Tom Cruise całe życie grał dobrych chłopców, ale niepokornych. Takich, co to nie słuchają innych, mądrzejszych i bardziej doświadczonych, popełniają błędy, ale w końcu nabierają oleju do głowy i wszystko kończy się szczęśliwie. Jednak w „Zakładniku” zdecydował się na zwrot o 180 stopni: wbrew swojemu dotychczasowemu image’owi zagrał czarny charakter. Z włosami ufarbowanymi na słomiany blond, wciela się w Vincenta, zawodowego mordercę, który ma do wykonania trudne zadanie: pięć zabójstw jednej nocy. Potrzebny jest mu jednak środek lokomocji. Najbardziej anonimowym wydaje się taksówka. Wynajmuje więc na całą noc pojazd kierowany przez czarnoskórego Maksa. Jednak już po pierwszym zabójstwie kierowca orientuje się, kim jest Vincent…
„Zakładnika” wyreżyserował stary wyjadacz, Michael Mann, twórca m.in. „Gorączki”, „Informatora” i „Alego”. Jest więc tu wszystko, co potrzeba: oryginalny pomysł, napięcie, tempo, zaskoczenie. Tom Cruise nie do końca zachwycił krytyków i widzów, którzy wyraźnie woleli go w pozytywnych rolach. Za to „Zakładnik” okazał się wielkim triumfem Jakiego Foksa, którego wyniósł na sam szczyt.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
poniedziałek, 5 września 2016
Recenzja Szeregowiec Ryan (Saving Private Ryan) - yoy.tv
6 czerwca 1944 r., alianci lądują w Normandii. Kapitan John Miller ma stworzyć specjalny oddział, którego zadaniem jest odnaleźć i sprowadzić ostatniego z czwórki braci Ryanów, który przeżył desant.
Ma ona podkreślić wagę jakiegoś wydarzenia lub wielkość bohatera, który właśnie zmarł (a częściej zginął tragicznie). Po obejrzeniu pierwszych 30 minut "Szeregowca Ryana" bez wahania można powiedzieć, że "film wojenny już nigdy nie będzie taki sam". W tym czasie Steven Spielberg i autor zdjęć Janusz Kamiński stworzyli najbardziej realistyczny i najbardziej przerażający obraz wojny w historii kinematografii. Podczas tej sekwencji pokazującej aliancki desant 6 czerwca 1944 roku na plaże Normandii, widz ma nieodparte wrażenie, że znajduje się w samym środku działań wojennych. Przez blisko pół godziny z bliska ogląda i przeżywa piekło, które tamtego dnia było udziałem żołnierzy z jednostek pierwszego ataku.
Skupiam się na tych pierwszych 30 minutach, bo później "Szeregowiec Ryan" staje się już zwykłą historią wojenną. Opartą na faktach, zrealizowaną bardzo solidnie, jednak bez następnego błysku filmowego geniuszu, który jakby się wyczerpał i pozostał na plażach Normandii. Tytułowy szeregowiec Ryan jest najmłodszym z czterech braci i ostatnim, który przeżył dotychczasowe działania wojenne. Gdyby zginął, a jest uwięziony ze swoim oddzialem kilka kilometrów za linią frontu, byłaby to propagandowa klęska. Dlatego kapitan Miller i jego oddzial dostają rozkaz odnalezienia i dostarczenia żywego szeregowca Ryana do sztabu. Ale w czasie akcji zarówno dowódca, jak i jego żołnierze mają coraz wieksze wątpliwości, czy można poświęcać życie tylu ludzi w imię osiągnięcia takiego celu...
"Szeregowiec Ryan" dostał 11 nominacji do Oscara i pięć statuetek. Wsród nagrodzonych znaleźli się zarówno Steven Spielberg (reżyseria), jak i Janusz Kamiński (zdjęcia). I to wcale nie dziwi. Tak jak nie dziwi popularność tego filmu szczególnie w Ameryce, która na punkcie patriotyzmu ma prawdziwego bzika. A jeśli jeszcze w roli głównej (nie tytułowej!) obsadzić Toma Hanksa, aktora idealnego, niekontrowersyjnego, a na dodatek dość utalentowanego (także nominowanego do Oscara), efekt będzie murowany. I gdyby nie te zbyt gładkie i sztampowe dialogi, nie do końca przekonujące dylematy...
Zazwyczaj nie tłumaczę wprost swoich ocen, tym razem jednak to zrobię: pierwsze pół godziny warte jest dziesięciu gwiazdek (a nawet więcej), ale reszta - jedynie sześciu. Stąd wynika sprawiedliwa, jak mniemam, ocena całości: osiem gwiazdek.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Ma ona podkreślić wagę jakiegoś wydarzenia lub wielkość bohatera, który właśnie zmarł (a częściej zginął tragicznie). Po obejrzeniu pierwszych 30 minut "Szeregowca Ryana" bez wahania można powiedzieć, że "film wojenny już nigdy nie będzie taki sam". W tym czasie Steven Spielberg i autor zdjęć Janusz Kamiński stworzyli najbardziej realistyczny i najbardziej przerażający obraz wojny w historii kinematografii. Podczas tej sekwencji pokazującej aliancki desant 6 czerwca 1944 roku na plaże Normandii, widz ma nieodparte wrażenie, że znajduje się w samym środku działań wojennych. Przez blisko pół godziny z bliska ogląda i przeżywa piekło, które tamtego dnia było udziałem żołnierzy z jednostek pierwszego ataku.
Skupiam się na tych pierwszych 30 minutach, bo później "Szeregowiec Ryan" staje się już zwykłą historią wojenną. Opartą na faktach, zrealizowaną bardzo solidnie, jednak bez następnego błysku filmowego geniuszu, który jakby się wyczerpał i pozostał na plażach Normandii. Tytułowy szeregowiec Ryan jest najmłodszym z czterech braci i ostatnim, który przeżył dotychczasowe działania wojenne. Gdyby zginął, a jest uwięziony ze swoim oddzialem kilka kilometrów za linią frontu, byłaby to propagandowa klęska. Dlatego kapitan Miller i jego oddzial dostają rozkaz odnalezienia i dostarczenia żywego szeregowca Ryana do sztabu. Ale w czasie akcji zarówno dowódca, jak i jego żołnierze mają coraz wieksze wątpliwości, czy można poświęcać życie tylu ludzi w imię osiągnięcia takiego celu...
"Szeregowiec Ryan" dostał 11 nominacji do Oscara i pięć statuetek. Wsród nagrodzonych znaleźli się zarówno Steven Spielberg (reżyseria), jak i Janusz Kamiński (zdjęcia). I to wcale nie dziwi. Tak jak nie dziwi popularność tego filmu szczególnie w Ameryce, która na punkcie patriotyzmu ma prawdziwego bzika. A jeśli jeszcze w roli głównej (nie tytułowej!) obsadzić Toma Hanksa, aktora idealnego, niekontrowersyjnego, a na dodatek dość utalentowanego (także nominowanego do Oscara), efekt będzie murowany. I gdyby nie te zbyt gładkie i sztampowe dialogi, nie do końca przekonujące dylematy...
Zazwyczaj nie tłumaczę wprost swoich ocen, tym razem jednak to zrobię: pierwsze pół godziny warte jest dziesięciu gwiazdek (a nawet więcej), ale reszta - jedynie sześciu. Stąd wynika sprawiedliwa, jak mniemam, ocena całości: osiem gwiazdek.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
sobota, 3 września 2016
Recenzja Słodki listopad (Sweet November) - yoy.tv
Charlize Theron i Keanu Reeves w melodramacie irlandzkiego reżysera Pata O’Connora ("Cal") - nowej wersji filmu sprzed 40 lat.
Nelson Moss (Reeves) nie widzi świata poza pracą w branży reklamowej. Aż do dnia, w którym podczas testu na przedłużenie prawa jazdy poznaje Sarę Deever (Theron). Dziewczyna nie zdaje przez niego egzaminu. Będzie mogła ponownie ubiegać się o dokument dopiero za miesiąc. Nie może jednak tak długo czekać. Żąda, aby Nelson w ramach zadośćuczynienia został jej kierowcą. Proponuje mu również, by spędził z nią najbliższy miesiąc jako jej chłopak, a później rozstał się z nią jakby nigdy nic…
Istotnie trochę cukierkowy i ckliwy, niemniej zrealizowany i zagrany kulturalnie film, który nie wzbudził entuzjazmu krytyków, za to przypadł, jeśli nawet nie do gustów, to z pewnością do serc, większości widzów.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Nelson Moss (Reeves) nie widzi świata poza pracą w branży reklamowej. Aż do dnia, w którym podczas testu na przedłużenie prawa jazdy poznaje Sarę Deever (Theron). Dziewczyna nie zdaje przez niego egzaminu. Będzie mogła ponownie ubiegać się o dokument dopiero za miesiąc. Nie może jednak tak długo czekać. Żąda, aby Nelson w ramach zadośćuczynienia został jej kierowcą. Proponuje mu również, by spędził z nią najbliższy miesiąc jako jej chłopak, a później rozstał się z nią jakby nigdy nic…
Istotnie trochę cukierkowy i ckliwy, niemniej zrealizowany i zagrany kulturalnie film, który nie wzbudził entuzjazmu krytyków, za to przypadł, jeśli nawet nie do gustów, to z pewnością do serc, większości widzów.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
czwartek, 1 września 2016
Recenzja Pan i Pani Kiler (Killers) - yoy.tv
Trzeba przyznać, że doświadczony australijski twórca popularnych komedii Robert Luketic dysponował interesującym scenariuszem.
Może nie do końca oryginalnym (trochę ściągnięto z „Pana i pani Smith”, do którego to filmu dość wyraźnie nawiązuje polskie tłumaczenie oryginalnego tytułu), ale lekkim i zabawnym, z kilkoma ciekawymi postaciami. „Pan i Pani Kiler” to opowieść o pewnej młodej kobiecie, która na wakacjach poznaje wymarzonego faceta. Biorą ślub, żyją sobie spokojnie i szczęśliwie, do czasu gdy okazuje się, że małżonek jest… płatnym zabójcą, który co prawda wycofał się oficjalnie z zawodu, ale… Ale zawsze jest jakieś „ale” – pracodawcy bynajmniej nie chcą się pogodzić z utratą swego najemnika i nasyłają na niego kumpli po fachu. Zaczyna się więc gra o najwyższą stawkę – o życie własne i żony.
Choć główny bohater jest zabójcą, to przedstawiono go w taki sposób, że mimo wszystko wzbudza sympatię (czy zresztą ktoś może wyobrazić sobie Ashtona Kutchera wzbudzającego strach?! No, chyba że wśród kaskaderów – podobno na planie przypadkowo znokautował jednego z nich…). Co bardziej krwawe momenty rozładowano komediowymi akcentami, a makabrą twórcy nie epatują – to produkt przeznaczony również dla młodszej części widowni. Udanym zabiegiem było rozwinięcie wątku nieco tajemniczego ojca wybranki killera (bardzo dobra rola Toma Sellecka), który okazuje się… Nie, tego lepiej nie zdradzać – w każdym razie będziemy zaskoczeni prawdziwą tożsamością głowy rodu.
Film jest dynamiczny (początek robi naprawdę świetne wrażenie), gwarantuje kilka zwrotów akcji, oglądamy ciekawe plenery (ech, to Lazurowe Wybrzeże…) i efektowne pogonie. Gdyby jego środkowa część nie była nieco nudnawa (próby pokazania zabójcy wiodącego zwyczajne życie), a twórcy nie bali się od czasu do czasu zaserwować nam odrobinki czarnego humoru, całość można by uznać za solidne kino wakacyjne (w tym bowiem okresie film trafił do kin). A tak pozostaje jednak lekki niedosyt i żal zmarnowanej szansy co w przypadku reżysera Roberta Luketica, mającego na koncie między innymi „Sposób na teściową” i udaną „Brzydką prawdę” jest na szczęście wyjątkiem.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Może nie do końca oryginalnym (trochę ściągnięto z „Pana i pani Smith”, do którego to filmu dość wyraźnie nawiązuje polskie tłumaczenie oryginalnego tytułu), ale lekkim i zabawnym, z kilkoma ciekawymi postaciami. „Pan i Pani Kiler” to opowieść o pewnej młodej kobiecie, która na wakacjach poznaje wymarzonego faceta. Biorą ślub, żyją sobie spokojnie i szczęśliwie, do czasu gdy okazuje się, że małżonek jest… płatnym zabójcą, który co prawda wycofał się oficjalnie z zawodu, ale… Ale zawsze jest jakieś „ale” – pracodawcy bynajmniej nie chcą się pogodzić z utratą swego najemnika i nasyłają na niego kumpli po fachu. Zaczyna się więc gra o najwyższą stawkę – o życie własne i żony.
Choć główny bohater jest zabójcą, to przedstawiono go w taki sposób, że mimo wszystko wzbudza sympatię (czy zresztą ktoś może wyobrazić sobie Ashtona Kutchera wzbudzającego strach?! No, chyba że wśród kaskaderów – podobno na planie przypadkowo znokautował jednego z nich…). Co bardziej krwawe momenty rozładowano komediowymi akcentami, a makabrą twórcy nie epatują – to produkt przeznaczony również dla młodszej części widowni. Udanym zabiegiem było rozwinięcie wątku nieco tajemniczego ojca wybranki killera (bardzo dobra rola Toma Sellecka), który okazuje się… Nie, tego lepiej nie zdradzać – w każdym razie będziemy zaskoczeni prawdziwą tożsamością głowy rodu.
Film jest dynamiczny (początek robi naprawdę świetne wrażenie), gwarantuje kilka zwrotów akcji, oglądamy ciekawe plenery (ech, to Lazurowe Wybrzeże…) i efektowne pogonie. Gdyby jego środkowa część nie była nieco nudnawa (próby pokazania zabójcy wiodącego zwyczajne życie), a twórcy nie bali się od czasu do czasu zaserwować nam odrobinki czarnego humoru, całość można by uznać za solidne kino wakacyjne (w tym bowiem okresie film trafił do kin). A tak pozostaje jednak lekki niedosyt i żal zmarnowanej szansy co w przypadku reżysera Roberta Luketica, mającego na koncie między innymi „Sposób na teściową” i udaną „Brzydką prawdę” jest na szczęście wyjątkiem.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
wtorek, 30 sierpnia 2016
Recenzja Skazani na Shawshank (The Shawshank Redemption) - yoy.tv
Bankier Andy Dufresne został niesłusznie oskarżony o zabójstwo żony i jej kochanka. Skazany na bezterminowy pobyt w ciężkim więzieniu Shawshank, przeżywa dzięki pomocy czarnoskórego współwięźnia.
Młody i przebojowy bankier Andy Dufresne zostaje niesłusznie skazany za zamordowanie swojej żony i jej kochanka. Dostaje dożywocie. Osadzony w ciężkim więzieniu Shawshank musi początkowo walczyć o życie i godność. Dzięki sprytowi i pomocy innego więźnia, „Redda” Reddinga, udaje mu się wkraść w łaski strażników i jakoś się tu urządzić. Ale nie przestaje marzyć o wolności…
Oto film, który dowodzi siły i zarazem słabości Internetu. Na filmowym portalu imdb.com, najpopularniejszym i jednym z najlepszych, „Skazani na Shawshank” znajdują się na pierwszym miejscu listy najwybitniejszych filmów wszechczasów, wyprzedzając dwie części „Ojca chrzestnego” Francisa F. Coppoli oraz „Dobry, zły, brzydki” Sergio Leone oraz „Pulp Fiction” Quentina Tarrantino. A jest on – moim zdaniem – najsłabszy z wymienionej piątki.
Bo w gruncie rzeczy „Skazani na Shawshank” to dość schematyczna opowieść o marzeniach i woli przetrwania za wszelka cenę. Przy całym szacunku dla dobrej książki i scenariusza Stephena Kinga, znakomitej reżyserii Franka Darabonta (także współscenarzysta) oraz równie dobrej kreacji Tima Robbinsa, w tej samej tematyce „Motylek” (1973) a nawet „Ucieczka z Alcatraz” (1979), są produkcjami lepszymi.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Młody i przebojowy bankier Andy Dufresne zostaje niesłusznie skazany za zamordowanie swojej żony i jej kochanka. Dostaje dożywocie. Osadzony w ciężkim więzieniu Shawshank musi początkowo walczyć o życie i godność. Dzięki sprytowi i pomocy innego więźnia, „Redda” Reddinga, udaje mu się wkraść w łaski strażników i jakoś się tu urządzić. Ale nie przestaje marzyć o wolności…
Oto film, który dowodzi siły i zarazem słabości Internetu. Na filmowym portalu imdb.com, najpopularniejszym i jednym z najlepszych, „Skazani na Shawshank” znajdują się na pierwszym miejscu listy najwybitniejszych filmów wszechczasów, wyprzedzając dwie części „Ojca chrzestnego” Francisa F. Coppoli oraz „Dobry, zły, brzydki” Sergio Leone oraz „Pulp Fiction” Quentina Tarrantino. A jest on – moim zdaniem – najsłabszy z wymienionej piątki.
Bo w gruncie rzeczy „Skazani na Shawshank” to dość schematyczna opowieść o marzeniach i woli przetrwania za wszelka cenę. Przy całym szacunku dla dobrej książki i scenariusza Stephena Kinga, znakomitej reżyserii Franka Darabonta (także współscenarzysta) oraz równie dobrej kreacji Tima Robbinsa, w tej samej tematyce „Motylek” (1973) a nawet „Ucieczka z Alcatraz” (1979), są produkcjami lepszymi.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















