poniedziałek, 14 listopada 2016

Recenzja Tron: Dziedzictwo (TRON: Legacy) - yoy.tv

Dziś już nie wszyscy pamiętają, jakim przełomem dla kina i dla kinowych efektów specjalnych był „TRON” z 1982 roku. W tej opowieści o hakerze, który dostał się do rzeczywistości komputerowej gry, efekty były tak nowatorskie, że… zdyskwalifikowano je w wyścigu do Oscarów, uznając za jakieś niewyjaśnione sztuczki i oszustwa! Sequel nowatorski bynajmniej nie jest, i to pod żadnym względem. Fabuła jest pretekstowa, a efekty w 3D, owszem, ładne, ale podobnych naoglądaliśmy się już niemało (wyjątkiem może walka na dyski i wyścig na cybermotorach)…


Bohaterem jest syn znanego z pierwszej części Kevina Flynna, Sam. Chłopak nieoczekiwanie trafia do świata, w którym od ćwierćwiecza przebywa jego ojciec. Wspólnie z rodzicem i jego piękną pomocnicą wyruszą do miejsca, z którego można przedostać się do realnego świata. Będzie to rzecz jasna droga najeżona wieloma niebezpieczeństwami.


Z drugiej części „Tronuu” można od biedy wysnuć morał, że nadmierne angażowanie się w komputerowe gierki czy wirtualne znajomości odsuwa nas od prawdziwego życia i możemy przegapić ważne dla nas sprawy (Kevin po poznaniu syna pojął, jak wiele stracił, nie biorąc udziału w jego wychowaniu). Ale to tylko od biedy – film wyraźnie został nakręcony dla oszołomienia efektami (nominacja do Oscara za montaż efektów dźwiękowych) i osiągnięcia wielkiego sukcesu finansowego (co z kolei udało się średnio: film kosztował 170 milionów dolarów i mniej więcej tyle samo zarobił w amerykańskich kinach). To, co na pewno zachwyca w „Tronie” to koncepcja wizualna będąca konsekwencją faktu, iż reżyser jest architektem. Wykreowany przez niego świat, pomimo że wirtualny, jest dopieszczony i w miarę prawdziwy, przynajmniej jeśli chodzi o cechy konstrukcyjne prezentowanych budowli i funkcjonowanie zaprojektowanego świata. W dodatku, w nowym „Tronie” udało się to, czego nie można było zrobić w starym: stworzyć wirtualny wiatr, deszcz czy burze i zaprojektować świat z górami i klifami, które wyglądają autentycznie, nie jak animacja. Ciekawostką, jeśli chodzi o realizację filmu, są wymagania jakimi byli poddani aktorzy, jeśli chodzi o… światło, które de facto tworzy tam kształty. Ich kostiumy musiały przecież nie tylko świecić, ale stanowić całość przyklejoną niemal do aktora. Nie dość więc, że nie można było używać guzików czy zamków, to jeszcze ów świetlny strój musiał być złożony z czterech warstw pianogumy wciąganych na aktora przy pomocy paru osób: z warstwy bazowej, na której się wszystko trzymało, izolacji, elektroniki z plątaniną przewodów i wreszcie lateksu. Tak na marginesie – ciekawe, jak w takich ubrankach radzono sobie z... fizjologią?


TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

sobota, 12 listopada 2016

Recenzja Człowiek w ogniu (Man on Fire) - yoy.tv

Meksyk. Były agent CIA zostaje ochroniarzem 9-letniej córki biznesmena. Pewnego dnia dziewczynka zostaje uprowadzona, a broniący jej mężczyzna trafia do szpitala. Celem jego życia staje się zemsta.


Creasy (Denzel Washington), zmęczony życiem, dręczony przez koszmary z przeszłości były agent CIA, dzięki pomocy przyjaciela (Christopher Walken) dostaje pracę jako ochroniarz 10-letniej Pity (Dakota Fanning), nad wiek rozwiniętej córki meksykańskiego przemysłowca. Z czasem zaprzyjaźnia się z nią i powoli zaczyna się otwierać na świat i ludzi. Wtedy dochodzi do brutalnego napadu i porwania Pity. Ciężko ranny Creasy nie odpuszcza i postanawia zrobić wszystko, by dopaść porywaczy i uwolnić dziewczynkę.


Solidna robota zmarłego tragicznie amerykańskiego reżysera Tony’ego Scotta. Doskonale skonstruowana intryga plus gwiazdorska obsada.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

czwartek, 10 listopada 2016

Recenzja Terytorium wroga (Forces spéciales) - yoy.tv

Głównymi bohaterami jest grupka francuskich komandosów, którzy wyruszają do Afganistanu, aby odbić z rąk talibów uprowadzoną dziennikarkę. Misja okazuje się rzecz jasna bardzo trudna i niebezpieczna. I to w zasadzie tyle, jeśli chodzi o akcję.


Komandosi są w tym filmie męscy, przystojni i wspaniali, talibowie jak jeden mąż to oślizłe kanalie bez honoru, a tubylcy cieszą się jak dzieci na widok zachodnich żołnierzy i starają się pomagać im, jak mogą. Do tego dochodzą pełne frazesów dialogi o pokoju, wojnie, honorze i przyjaźni.


Kto jednak potraktuje film jak przygodę, a sferę polityczną zostawi na boku (film i tak mniej ocieka owym irytującym patriotyzmem niż wojenne filmy amerykańskie z takim choćby Gibsonem czy Cage’em ), ten znajdzie w nim bardzo wartką akcję, a co istotne nieustanne napięcie! Poza tym dynamiczne, świetnie nakręcone sceny batalistyczne (czuwała nad nimi francuska armia, która użyczyła ekipie sprzęt) oraz, co nie tak często się zdarza, zindywidualizowane sylwetki bohaterów, co sprawia, że ani nam się nie mylą, ani nie są nam obojętni. Dla kogoś zaś, kto nie ma dla nich sympatii, nieco pokrętną pociechą niech będzie fakt, że giną równie widowiskowo, jak walczą. Nie zawodzi też ciekawa, surowa scenografia Dżibuti i Tadżykistanu.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

wtorek, 8 listopada 2016

Recenzja Podejrzani (The Usual Suspects) - yoy.tv

W dokach w zatoce San Pedro dochodzi do strzelaniny i wielkiej eksplozji. Jej finał to 27 trupów i zaginiona dostawa narkotyków warta grube miliony. Z masakry z życiem wyszły tylko dwie osoby, ciężko poparzony węgierski gangster Arkos i drobny cwaniaczek znany z policyjnych kartotek, Roger „Verbal” Kint. Ten drugi w zamian za nietykalność zgadza się złożył policji zeznania. Wynika z nich niezbicie, że za wszystkim stał tajemniczy węgierski mafioso Keyser Soze, którego stróże prawa tropią od tak długiego czasu, że wręcz uważa się go za postać mityczną…


„Podejrzani” mogą się pochwalić jednym z najbardziej precyzyjnych scenariuszy w historii kina (nagrodzony został on zresztą Oscarem w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny). Wszystkie wątki, które śledzimy, czasem na pozór chaotyczne (skaczemy od retrospekcji do retrospekcji, potem znów teraźniejszość i tak na zmianę), wszystkie postacie w genialnym finale ułożą się w niezwykle wymyślną układankę! Już dla samej sceny, w której stróże prawa i my odkryjemy, co się naprawdę stało i jak zostaliśmy zmanipulowani, warto zobaczyć dzieło Bryana Singera. A ten soczysty kryminał to jeszcze popis aktorów, na czele z nagrodzonym Oscarem Kevinem Spacey’em w roli Rogera „Verbala” Kinta. Na duże brawa zasłużyli też Gabriel Byrne, Benicio Del Toro, Chazz Palmintieri, Pete Postlethwaite czy Kevin Pollak. Kolejne plusy: bardzo dobry montaż i zdjęcia, klimatyczna muzyka, świetna charakteryzacja (wygląd Kinta Spacey omawiał z… lekarzami i chirurgami plastycznymi, sam wpadł na pomysł sklejenia sobie palców u rąk), niebanalne pomysły (odtwórca roli Keysera Soze wygląda za każdym razem inaczej, co tylko potęguje tajemniczość postaci i dezorientuje widza). Kawałek wyśmienitego kina, które potrafi wciągnąć, trzymać w napięciu, a w końcówce autentycznie zaskoczyć.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

niedziela, 6 listopada 2016

Recenzja Dorwać gringo (Get the Gringo) - yoy.tv

Kierowcę opuściło szczęście, po udanym skoku sprawy przyjęły zły obrót, kasa zniknęła, jego partner nie żyje, a on sam wylądował w meksykańskim więzieniu.


Życie toczy się tu jak wszędzie indziej, kwitnie handel, zapewnione są wszelkie rozrywki, przy odrobinie sprytu (i pieniędzy) można się tu nieźle urządzić. Mankamenty są dwa – rządzą tym mikroświatem gangsterzy i nie można się z niego wydostać. Kierowca ma zamiar odzyskać straconą kasę, czym napyta sobie biedy, będzie musiał wyprowadzić w pole miejscowych bandziorów, ale też i zyska przyjaźń, jakiej się nie spodziewał.


Akcja „Dorwać gringo” toczy się wartko, w miarę upływu czasu wychodzą na jaw nowe rzeczy (i nie przestają aż do ostatnich minut filmu), fabuła jest zagęszczona, ale nie mętna. Mel Gibson jest w dobrej formie, stworzył na ekranie wyrazistą postać, co można powiedzieć również o jego filmowych partnerach (a zwłaszcza małym Kevinie Hernandezie). Odpowiednia dawka zagmatwania, akcji, humoru i emocji sprawi, że sympatycy Mela Gibsona z przyjemnością obejrzą film, który można zaliczyć do jego bardziej udanych dokonań (oprócz zagrania w nim głównej roli jest także jego producentem i pomysłodawcą). Widać że znów zafascynował go temat, którym tym razem był fenomen meksykańskiego więzienia będącym właściwie małym miasteczkiem (prekursorami interesów w więzieniach byli Chińczycy zatrzymani za przemyt, którzy założyli w więzieniu tak znakomitą restaurację, że przychodzili do niej ludzie z zewnątrz). Gibson na szczęście porzucił manierę męczennika-patrioty, z którym się ostatnio nazbyt kojarzył, i odnalazł się w gatunku, który chyba do niego najlepiej pasuje, czyli w lekkim akcyjniaku. Słowem – tylko dać mu spluwę do ręki i od razu wie, jak zabójczo korzystać z broni! Z innych atutów filmu - pierwsze, co rzuca się w oczy, a właściwie w uszy, to muzyka. Gitarowa, bardzo folklorystyczna, z różnymi przeciągłymi dźwiękami tego instrumentu, z wątkiem, który zapamiętuje się podobnie jak ten z „Desperados”, z tym że tutaj jest on lżejszy i bardziej figlarny. Rewelacyjna!

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

piątek, 4 listopada 2016

Recenzja Conan Barbarzyńca (Conan the Barbarian) - yoy.tv

Wioskę małego Conana najeżdża armia Khalara. Wszyscy jego bliscy giną, jemu udaje się uciec i od tej pory ćwiczy się w sztukach walki, by dokonać zemsty. W końcu dorasta i powoli wciela swój plan w życie. Problem w tym, że Khalar pojmał dziedziczkę tronu Acheronu i jeśli złoży ją w ofierze w magicznym obrzędzie, zyska olbrzymią moc!


Conan to postać wymyślona przez Roberta E. Howarda, po raz pierwszy pojawił się w jego opowiadaniu z 1932 roku zatytułowanym „The Phoenix On The Sword”. Teksański pisarz, który sławę zyskał tworząc krwawe opowieści spod znaku miecza i czarodziejskiej różdżki był bardzo prostym człowiekiem, który pracował po 20 godzin, a jednocześnie opiekował się chorą matką. Po jej śmierci w wieku zaledwie 30 lat popełnił zresztą samobójstwo strzelając sobie w głowę. Zafascynowany historią wojny secesyjnej, skandynawską mitologią i kultem voodoo pisarz masowo tworzył, pełne brutalnych bitew, niepoprawnych politycznie bohaterów, seksu i mitycznych wojowników powieści i opowiadania.


I taki też był jego Conan – zadufany w sobie macho traktujący kobiety jak rzeczy, a przy okazji perfekcyjna maszyna do zabijania. Kiedyś zagrał go z powodzeniem Arnold Schwarzenegger i od tej pory każdy aktor, który wystąpi w tej roli, musi się zmierzyć także z legendą Arnie’ego. Jason Mamoa z tego starcia wyszedł pokonany, ale nie przez nokaut – aktorsko nie jest gorszy od Austriaka, ale brakuje mu jego charyzmy... Za to sprawnością, obaj panowie raczej sobie dorównują. Podobnie jak Arnie Jason Mamoy większość akcji wykonywał sam, odbywszy wcześniej trening samurajski i fechtunku. A to z racji trudności w znalezieniu kaskadera podobnego do potężnego aktora…


Przygoda przez duże P, hektolitry krwi, ciekawe choreograficznie walki, dynamiczna akcja, napakowani wojownicy i ich półnagie kobiety, odcięte ludzkie członki i czarna magia, legendy, tajemnicze krainy i opowieść o życiu zdeterminowanym przez pragnienie zemsty – to znajdziemy w „Conanie…”. Czego nie znajdziemy? Psychologii postaci, dobrych dialogów, nieprzewidywalnych zwrotów akcji. To film do oglądania, a nie do myślenia – potocznie o czymś takim mówi się lekki (choć akurat to słowo do brutalnego obrazu Marcusa Nispela nie pasuje) odmóżdżacz (to pasuje idealnie). Tak przy okazji to piękny i wysmakowany plastycznie odmóżdżacz (niektóre kadry przypominają sceny z Boscha albo wizualizacje scenek z piekielnej części „Boskiej komedii” Dantego). Za stworzenie wizji starożytnych miast odpowiadających wizji wymarzonej i opisanej przez Howarda czapki z głów.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

środa, 2 listopada 2016

Recenzja Jak ona to robi? (I Don't Know How She Does It) - yoy.tv

Kate świetnie radzi sobie zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym – do czasu, kiedy jej klientem zostaje przystojny Jack…


Kate Reddy zajmuje wysoką pozycję w firmie prawniczej, ma wspaniałego męża i dwójkę udanych dzieci, piękny dom, świetną nianię do maluchów – jej życie wydaje się idealne. Sytuację zmienia jednak pojawienie się przystojnego Jacka, który ma zostać partnerem jej firmy w biznesie. Nawiązanie współpracy wiąże się z licznymi podróżami i spotkaniami, także z Jackiem, któremu Kate ewidentnie wpadła w oko. Kobieta nieoczekiwanie ma wybór: dalsze życie z wiernym i kochającym, ale nudnym mężem, albo gorący romans z eleganckim Jackiem.


Komedia z Sarah Jessiką Parker (Carrie z „Seksu w wielkim mieście”) i Pierce’em Brosnanem (tutaj jako Jack) w rolach głównych, ekranizacja bestsellerowej powieści Allison Pearson. Temat stary jak świat – wybór między stabilizacją z osobą, która jednak już się nieco znudziła (męża zagrał poczciwy Greg Kinnear), między rutyną życia rodzinnego, a przelotnym (mniej lub bardziej) romansem z kimś, kto gwarantuje emocje i nieoczekiwane atrakcje. Przed wyborem stoi idealna matka, będąca przy okazji cudowną żoną i równie wspaniałą pracownicą – taka, której nie straszne żadne kłody rzucane pod nogi przez nienawistne koleżanki, teściową czy przez brudne dziecięce ciuszki.


„Jak ona to robi?” to połączenie tematów i klimatu typowych dla komedii romantycznej z kinem obyczajowo-rodzinnym – dość dużo czasu reżyser poświęcił realistycznemu naszkicowaniu „rodzinnego tła”: pracom domowym, brakowi czasu, zabieganiu, telefonicznym konwersacjom w życiu w biegu. W efekcie nie otrzymaliśmy ani typowej komedii romantycznej, ani obyczaju z krwi i kości, co było chyba błędem, gdyż skupienie się na jednym z tych gatunków chyba lepiej sprawdziłoby się na ekranie. „Jak ona to robi?” to kino przeznaczone raczej dla żeńskiej części widowni, panie znajdą w nim przedstawione swe codzienne kłopoty, trudne sprawy, wybory, kilka rad i końcową nutkę optymizmu – tylko i aż tyle.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv