środa, 2 listopada 2016

Recenzja Jak ona to robi? (I Don't Know How She Does It) - yoy.tv

Kate świetnie radzi sobie zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym – do czasu, kiedy jej klientem zostaje przystojny Jack…


Kate Reddy zajmuje wysoką pozycję w firmie prawniczej, ma wspaniałego męża i dwójkę udanych dzieci, piękny dom, świetną nianię do maluchów – jej życie wydaje się idealne. Sytuację zmienia jednak pojawienie się przystojnego Jacka, który ma zostać partnerem jej firmy w biznesie. Nawiązanie współpracy wiąże się z licznymi podróżami i spotkaniami, także z Jackiem, któremu Kate ewidentnie wpadła w oko. Kobieta nieoczekiwanie ma wybór: dalsze życie z wiernym i kochającym, ale nudnym mężem, albo gorący romans z eleganckim Jackiem.


Komedia z Sarah Jessiką Parker (Carrie z „Seksu w wielkim mieście”) i Pierce’em Brosnanem (tutaj jako Jack) w rolach głównych, ekranizacja bestsellerowej powieści Allison Pearson. Temat stary jak świat – wybór między stabilizacją z osobą, która jednak już się nieco znudziła (męża zagrał poczciwy Greg Kinnear), między rutyną życia rodzinnego, a przelotnym (mniej lub bardziej) romansem z kimś, kto gwarantuje emocje i nieoczekiwane atrakcje. Przed wyborem stoi idealna matka, będąca przy okazji cudowną żoną i równie wspaniałą pracownicą – taka, której nie straszne żadne kłody rzucane pod nogi przez nienawistne koleżanki, teściową czy przez brudne dziecięce ciuszki.


„Jak ona to robi?” to połączenie tematów i klimatu typowych dla komedii romantycznej z kinem obyczajowo-rodzinnym – dość dużo czasu reżyser poświęcił realistycznemu naszkicowaniu „rodzinnego tła”: pracom domowym, brakowi czasu, zabieganiu, telefonicznym konwersacjom w życiu w biegu. W efekcie nie otrzymaliśmy ani typowej komedii romantycznej, ani obyczaju z krwi i kości, co było chyba błędem, gdyż skupienie się na jednym z tych gatunków chyba lepiej sprawdziłoby się na ekranie. „Jak ona to robi?” to kino przeznaczone raczej dla żeńskiej części widowni, panie znajdą w nim przedstawione swe codzienne kłopoty, trudne sprawy, wybory, kilka rad i końcową nutkę optymizmu – tylko i aż tyle.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

poniedziałek, 31 października 2016

Recenzja Uprowadzona 2 (Taken 2) - yoy.tv

Jeśli oczekiwaliśmy pocztówkowych, słonecznych widoczków z największego miasta Turcji… zawiedziemy się. To mroczny Stambuł jakiego nie znamy…


Pierwsza część "Uprowadzonej" zebrała bardzo dobre recenzje zarówno krytyków, jak i widzów, a wpływy były wysokie. Idąc tym tropem, zdecydowano o realizacji dwójki. W jej przypadku recenzje są już tylko dobre, choć może trzeba by powiedzieć, że aż dobre – nieczęsty to wszak przypadek wśród sequeli… W każdym razie jest już nieco gorzej (jeśli chodzi o poziom, wpływy były bowiem jeszcze większe) i chyba najlepiej na dwóch odsłonach sagę zakończyć.


Bohaterem filmu jest agent Bryan Mills, który nie tak dawno odbił córkę z rąk albańskich handlarzy żywym towarem. Przy okazji większość zbirów wyprawił na tamten świat, a pech chciał, że pośród nich znalazł się syn mafiosa Murada. Murad oczywiście poprzysięga pomścić syna, a okazja nadarza się dosyć szybko – oto Mills z żoną i córką przyjeżdżają na wakacje do Stambułu. Tym razem to właśnie dzielny agent z żoną zostają uprowadzeni, ale córka okazuje się równie dzielna jak ojciec i za jej sprawą tatuś uwalnia się z rąk bandytów. Los porywaczy nie jest od tego momentu do pozazdroszczenia…


Film składa się praktycznie z dwóch części, różniących się i klimatem, i poziomem. W pierwszej (porwanie i współpraca ojca z córką) mamy do czynienia z inteligentnym thrillerem, w którym jest napięcie i są zaskakujące rozwiązania. Druga (rozprawa z porywaczami) to schematyczny akcyjniak z jedynym sprawiedliwym i świetnie wyszkolonym, masakrującym kolejnych przeciwników. Widać, że w scenariuszu maczał palce będący ostatnio w rozchwianej formie Luc Besson. Po połączeniu wychodzi porządne kino akcji, ale już nie tak fascynujące jak poprzednia część (w jedynce jednak tematyka handlu kobietami była silną stroną opowieści i zdecydowanie ją pogłębiała). Tym niemniej jeśli ktoś lubi mocne męskie kino, będzie zadowolony.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

sobota, 29 października 2016

Recenzja Drogówka - yoy.tv

Historia rozgrywająca się w środowisku policjantów, którzy razem pracują, przyjaźnią się i prowadzą wspólne interesy. Gdy jeden z nich ginie, sierżant Ryszard Król zostaje oskarżony o morderstwo.


Akcja rozgrywa się w tytułowej stołecznej drogówce (czyli patrolu policji drogowej) w ciągu siedmiu dni. Siódemka bohaterów to nie są anioły: ich praca pozwala na dorabianie łapówkami, bezkarne picie alkoholu i inne ekscesy. To ich łączy, podobnie jak uwielbienie dla szybkich samochodów i wspólne imprezy. Ale to wszystko się kończy, kiedy jeden z nich zostaje zamordowany, a drugi, sierżant Sebastian Król (Bartłomiej Topa), o to morderstwo oskarżony. Teraz musi sam znaleźć zabójcę.


Kto widział i polubił wcześniejsze filmy Wojciecha Smarzowskiego nie będzie zawiedziony - "Drogówka" doskonale się z nimi zgrywa (poza "Różą") tworząc wraz z "Weselem" i "Domem złym" swoistą trylogię poświęconą "naszej władzy doczesnej". Film jest dobrze skonstruowany i wyreżyserowany, równie dobrze zagrany.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

czwartek, 27 października 2016

Recenzja Władcy ognia (Reign of Fire) - yoy.tv

Dwunastoletni Quinn, penetrując odkryte przez robotników wejście do tunelu niechcący budzi do życia uśpionego smoka. Zabójczy potwór i jego pobratymcy przyczyniają się do niemal całkowitej zagłady ludzkości. Kilkanaście lat później Quinn przewodzi grupie czekających na wymarcie smoków, kryjących się w lochach niedobitków. Pewnego dnia do ich kryjówki przybywa grupa innych ocalałych. Amerykanie pod wodzą Van Zana chcą stoczyć z bestiami bezpośrednią walkę.


„Władcy ognia”, według zamysłów scenarzysty, miały łączyć wątki apokaliptyczne z baśniowymi, ale w nieco stunningowanej formule. Sprawcami zagłady nie są bowiem jacyś przybysze z kosmosu, lecz stare jak świat smoki, które już w swojej wyobraźni dawno oswoiliśmy. Smoki okazują się jednak chodzącym, a raczej latającym złem, które chce opanować Ziemię dla siebie. Koncept to bardzo widowiskowy i wcale nam nie przeszkadza, że w fantazji scenarzysty trudno dostrzec choćby cień prawdopodobieństwa.


Cała para w tym filmie poszła faktycznie w efekty wizualne i nie dziwota, bo bohaterowie są szczególnie wdzięczni. Latające, ziejące ogniem i palące wszystko na swej drodze smoki są wykreowane bardzo efektownie, a do zapierających dech w piersiach należy scena ataku potwora na kryjówkę ludzi Quinna. Wrażenie robi scenografia apokaliptycznego świata oraz podniebne ujęcia akcji komandosów Van Zana. Tak więc wrażeń czysto wzrokowych nie brak, choć widz zanurzy się raczej w pewnej komiksowości, a nie przerazi się czystą grozą.


Trochę szkoda, że inwencji twórczej nie starczyło do nakreślenia znacznie ciekawszej intrygi, niż zaproponowano. Oprócz wątku walki grupy ludzi o przetrwanie gatunku, głównym jej elementem jest starcie dwóch macho, Quinna i Van Zana, którzy mają inne zdanie na temat ostatecznej kwestii smoczej i usiłują je przeforsować siłą. Christian Bale (Quinn) i Matthew McConaughey (Van Zan) zostali obsadzeni wbrew ich imagowi, co zakończyło się połowicznym sukcesem, a z aktorskiego pojedynku zwycięsko wyszedł Christian Bale, którzy stworzył bardziej wiarygodną psychicznie postać niż oscylujący wokół groteski McConaughey, przerysowywujący mocno swego bohatera. Jest i smocza femme fatale w postaci Izabelli Scorupco kreującej rolę dowódca helikoptera, nota bene dająca popis niesamowitej sprawności fizycznej.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

wtorek, 25 października 2016

Recenzja Podziemny krąg (Fight Club) - yoy.tv

Jack jest młodym biznesmenem. Praca i samotnie spędzane wieczory wypełniają jego życie. Pewnego dnia podczas podróży samolotem poznaje tajemniczego Tylera i postanawia założyć wraz z nim tajny klub.


Adaptacja debiutanckiej książki anarchizującego pisarza Chucka Palahniuka, która zrobiła furorę dopiero po sfilmowaniu (a tak naprawdę po ukazaniu się filmu na DVD - niezbadane są ścieżki popularności).


"Podziemny krąg" to opowieść o Jacku (Edward Norton), wypalonym i znużonym swoim życiem trzydziestokilkuletnim japiszonie, który zaczyna się zastanawiać, co ma zrobić dalej. Na razie, w ramach walki z nudą, chodzi na spotkania różnych grup terapeutycznych. Tam poznaje Marlę (Helena Bonham Carter), atrakcyjną dziewczynę, dla której to również doskonałe źródło rozrywki. A niedługo później - Tylera (Brad Pitt). Facet jest zupełnym przeciwieństwem Jacka i wyraźnie mu imponuje: żyje z dnia na dzień, robi co chce, mieszka gdzie chce, ma proste i jasne zasady, a wszelkie konflikty rozwiązuje za pomocą bójki na pięści. Szybko się zaprzyjaźniają, choć w tym tandemie to Tyler gra pierwsze skrzypce. Wkrótce też zakładają "Podziemny krąg" - klub dla znajomych, w którym się spotykają, by walcząc, rozładować frustracje. Krąg rośnie coraz bardziej, zmieniając się wkrótce w anarchistyczno-militarną organizację, która zaczyna zagrażać bezpieczeństwu państwa.


"Podziemny krąg" robi wrażenie. Jest świetnie zrealizowany (David Fincher reżyserował też znakomity, mroczny film "Siedem"), równie dobrze sfilmowany (to zasługa Jeffa Cronenwetha, późniejszego autora zdjęć m.in. do "K 19") i doskonale zagrany. Blady, uwikłany, pokręcony i pełen wątpliwości Edward Norton stanowi idealne dopełnienie silnego, pewnego siebie, przekonanego o własnych racjach Brada Pitta. Jednak ten film ma też dość zasadniczą wadę: jest przewidywalny i szybko można się zorientować dokąd zmierza.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

niedziela, 23 października 2016

Recenzja Hobbit: Niezwykła podróż (The Hobbit: An Unexpected Journey) - yoy.tv

Film jest ekranizacją powieści J.R.R. Tolkiena „Hobbit: Tam i z powrotem”, powieści baśniowej, o lżejszym klimacie niż późniejszy i o wiele dojrzalszy trzyczęściowy „Władca Pierścieni”. Dodajmy jeszcze, że książka do opasłych nie należy – liczba stron, w zależności od wydania, waha się pomiędzy 200 a 300, tymczasem Peter Jackson zdecydował się na nakręcenie na jej podstawie aż trzech blisko trzygodzinnych epickich filmów! I to chyba budziło najwięcej kontrowersji: na upartego można by upchnąć wszystko w jednym filmie, dwa – a tyle początkowo zamierzano zrealizować – byłyby już jak najbardziej wystarczające. Trudno nie odnieść wrażenia, że rozciąganie materiału ponad miarę miało posłużyć tylko i wyłącznie zapełnieniu kasy, zaś z dramaturgicznego punktu widzenia obraz na tym traci… Co nie znaczy jednak, że „Hobbit…” jest złym filmem.


Głównym bohaterem jest zamożny Bilbo Baggins, hobbit ceniący smaczne jadło (stąd pękająca w szwach spiżarnia i takież spodnie) i święty spokój. Pewnego dnia w jego domu pojawia się czarodziej Gandalf, a zaraz potem trzynastu krasnoludów pod wodzą Thorina Dębowej Tarczy (którzy to, ku utrapieniu gospodarza, może wzrostu są i nikczemnego, ale żołądki mają bez dna…). Gandalf wspiera wyprawę Thorina i jego kompanów wyruszających, by z rąk smoka Smauga odbić dawną przebogatą siedzibę krasnoludów. Czarodziej proponuje Bilbo dołączenie do wyprawy, ten odmawia. Rano wyrusza jednak tropem kompanii Thorina i razem z nimi rusza ku przygodzie. A tej nie zabraknie – na drodze staną olbrzymie trolle, gobliny, a także… Gollum.


O ile „Władca Pierścieni” to uniwersalna opowieść o walce dobra ze złem, o mącących zdrowy rozsądek pokusach posiadania władzy, to „Hobbit…” jest przede wszystkim baśnią, malowniczą opowieścią o elfach, krasnoludach, czarodziejach, trollach i mitycznych stworach. I jako taką trzeba ją odbierać, niekoniecznie doszukując się we wszystkim drugiego dna (bo czasem go tutaj zwyczajnie nie ma). Peter Jackson potrafi opowiadać i oszałamiać widza, co potwierdził i w swym najnowszym dziele: film ogląda się z dużą przyjemnością. To przygoda przez duże „P”, bezpretensjonalna, czasem zabawna, czasem straszna. Technicznie dopracowana do perfekcji. Ze względu na niebywałe rozciągnięcie opowiadanej historii zdarzają się jednak niekiedy dłużyzny (które niektórzy potraktują jako sielankowe obrazki ilustrujące życie w Śródziemiu), mnożą się mniej ciekawe wątki poboczne, a rozmach ogólnie jest mimo wszystko mniejszy niż we „Władcy Pierścieni”. Inny jest też przede wszystkim ciężar gatunkowy obydwu dzieł. Jeśli jednak ktoś pokochał bohaterów z „Władcy Pierścieni”, pokocha i awanturników z kompanii Thorina.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

środa, 19 października 2016

Recenzja Creed: Narodziny legendy (Creed) - yoy.tv

Pamiętacie Apollo Credda (Carl Weathers), najtrudniejszego przeciwnika Rocky'ego Balboy, z którym filadelfijski pięściarz stoczył trzy pojedynki, w tym jeden za zamkniętymi drzwiami? Apollo zawsze ze swoich walk – i jednocześnie swojego życia – robił wielkie, pełne przepychu, widowisko. Show miało być mocne, jak uderzenia jego pięści. Adonis Johnson (Michael B. Jordan) jest zupełnie inny; nie próbuje nikomu imponować, nie szuka rozgłosu wokół swojej osoby, chce się tylko bić – miejsce, czas i przeciwnik nie mają żadnego znaczenia. Twarda bania i zaciśnięte pięści. Donnie nawet nie posługuje się nazwiskiem swojego ojca – Creed, którego nigdy nie miał okazji poznać. Gdy Apollo padł martwy na ringu z ręki Ivana Drago, Adonis jeszcze się nie urodził. Zresztą przez pierwsze lata życia nie wiedział, kto jest jego ojcem, wszak był owocem jednego z romansów mistrza. Dopiero w późnych latach 90. – po śmierci matki i licznych wycieczkach po poprawczakach – został adoptowany przez... Mary Anne Creed (Phylicia Rashad), wdowę po Apollu.


„Creed” w podtytule ma sformułowanie „Narodziny legendy”, jednak właściwsze byłyby słowa „Pożegnanie legendy”. I chociaż Rocky Balboa jest tym razem wyłącznie bohaterem drugoplanowym, to właśnie postać wykreowana przez Sylvestra Stallone'a nadaje ton tej opowieści. Poza tym, to doskonała rola urodzonego w 1946 roku aktora – Stallone jako Rocky jest w swoim żywiole, po prostu bawi się tą kreacją, a przy okazji rozwesela widzów swoim poczuciem humoru. One-linery z jego ust padają równie często, co kiedyś ciosy.


Rocky Balboa zasługiwał na takie pożegnanie, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że Sly tym obrazem definitywnie żegna się z postacią "Włoskiego Ogiera". Ale zostawia godnego następcę w postaci Adonisa Creeda – jak autentycznie jest napisana ta postać! W bohaterze kreowanym przez Michaela B. Jordana jest jednocześnie gniew, jak i strach przed tym, jakie nazwisko nosi i z jakim dziedzictwem musi się zmierzyć. "Baby Creed" jeszcze pojawi się na ekranach kin, zobaczycie.


„Creed: Narodziny legendy” to kino najlepszego sortu, które się świetnie ogląda, chociaż całość mocno gra na sentymentach do „Rocky'ego”. Wciągająca historia, charyzmatyczni bohaterowie, doskonale napisane dialogi i wyborny montaż – to składniki, z których Ryan Coogler stworzył bardzo dobry i solidny film. Ciężko nakręcić produkcję, którą chciałoby się obejrzeć więcej niż raz, a reprezentantowi Oakland ta szuka się udała.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv