O tym że film ma to Coś świadczą po dwie nominacje do Oscarów, Złotych Globów i nagród BAFTY.
Annie i Lil są przyjaciółkami od dzieciństwa i wspierają się nawzajem w życiowych dolach i niedolach. Kiedy Lil wreszcie oświadcza się jej chłopak, jasne jest, że główną druhną na jej weselu będzie Annie. Przygotowań do urządzenia wieczoru panieńskiego nie ułatwia Annie fakt, że zostaje zwolniona z pracy, współlokatorzy proponują jej wyprowadzkę, cyniczny i egoistyczny Ted, z którym się spotyka, jest z nią tylko dla seksu, a na domiar złego w paradę zaczyna jej wchodzić piękna jak z żurnala i obrzydliwie bogata Helen – nowa przyjaciółka Lil.
Pierwsze pół godziny filmu przynosi powiew pozytywnego rozczarowania (wszystkim tym, którzy z nieufnością podchodzą do amerykańskich komedii). Bohaterki są sympatyczne, mówią nie od rzeczy, czasem z nutą melancholijnego humoru, cechującego zwłaszcza tych, którym akurat w życiu nie do śmiechu. Następne półtorej godziny to jazda w dół i w górę. A ściślej mówiąc ostro w dół – wątek zatrucia pokarmowego i oblężenia łazienki luksusowego salonu sukien ślubnych zakończonego tragedią na drodze – i lekko w górę – sceny z sympatycznym, oszczędnym w słowach gliną obdarzonym trzeźwym rozsądkiem i ciepłym, złośliwym poczuciem humoru. Bardzo szkoda, że tak zepsuto kilkoma scenami (lot samolotem – zupełnie bez polotu, obrażenie klientki sklepu jubilerskiego) ten nieźle zapowiadający się jako ciepła, lekka historia film. W dodatku niektóre sceny niepotrzebnie rozwleczono, skutkiem czego, mimo że film trwa dwie godziny, zabrakło czasu na należyte zamknięcie głównych wątków i zrobiono to w pośpiechu.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
czwartek, 13 października 2016
wtorek, 11 października 2016
Recenzja Zejście 2 (The Descent: Part 2) - yoy.tv
Akcja filmu zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym kończy się „jedynka”. Sarah, jedyna z grupy ocalonych eksploratorek jaskiń, które zostały zaatakowane pod ziemią przez krwiożercze człekokształtne stwory, wydostaje się na powierzchnię. Jest w szoku, nie pamięta, co się wydarzyło. Odnajdują ją ratownicy poszukujący zaginionych dziewczyn. Teraz wspólnie z nimi Sarah wyruszy do feralnej jaskini, by odnaleźć przyjaciółki. Dopiero w mrocznych czeluściach przypomni sobie, kto zamieszkuje podziemne korytarze…
Co prawda film Jona Harrisa (to fabularny debiut tego uznanego montażysty) już nie zaskoczy nas, jeśli chodzi o tajemniczych mieszkańców jaskini i w zasadzie powiela to, co oglądaliśmy w oryginale, ale mimo to „Zejście 2” broni się jako horror i nawet jeśli ktoś nie widział pierwszej części to nic nie szkodzi. Szybko odnajdzie się w brrr mrocznych u klaustrofobicznych korytarzach. Film trzyma w napięciu, jest odpowiednio krwawy, czasem nawet makabryczny. Dla mnie osobiście największe laury powinien zebrać operator za wykreowanie rzeczywistości która zarówno nas pociąga (piękno jaskiń jest niezaprzeczalne!) jak i przeraża. Duże brawa należą się nie tylko ze wykreowanie klimatu wszechobecnego zagrożenia, ale za walory sensualne, działające na nasze zmysły, za stworzenie poczucia, że mamy ochotę po obejrzeniu filmu zaczerpnąć świeżego powietrza, bo czujemy na skórze błoto, w płucach stęchłe powietrze, a w mięśniach zakwasy od czołgania się. Podobnie jak w pierwszej części zaskakujące jest, że ludzie w ekstremalnej sytuacji stają się o wiele gorsi – również dla siebie – niż żądne mięsa potwory… Duże brawa należą się aktorom, właśnie za to przekonanie nas co do koncepcji reżysera. Sprawnie zrobione kino grozy, które z przyjemnością zobaczy każdy fan tego gatunku.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Co prawda film Jona Harrisa (to fabularny debiut tego uznanego montażysty) już nie zaskoczy nas, jeśli chodzi o tajemniczych mieszkańców jaskini i w zasadzie powiela to, co oglądaliśmy w oryginale, ale mimo to „Zejście 2” broni się jako horror i nawet jeśli ktoś nie widział pierwszej części to nic nie szkodzi. Szybko odnajdzie się w brrr mrocznych u klaustrofobicznych korytarzach. Film trzyma w napięciu, jest odpowiednio krwawy, czasem nawet makabryczny. Dla mnie osobiście największe laury powinien zebrać operator za wykreowanie rzeczywistości która zarówno nas pociąga (piękno jaskiń jest niezaprzeczalne!) jak i przeraża. Duże brawa należą się nie tylko ze wykreowanie klimatu wszechobecnego zagrożenia, ale za walory sensualne, działające na nasze zmysły, za stworzenie poczucia, że mamy ochotę po obejrzeniu filmu zaczerpnąć świeżego powietrza, bo czujemy na skórze błoto, w płucach stęchłe powietrze, a w mięśniach zakwasy od czołgania się. Podobnie jak w pierwszej części zaskakujące jest, że ludzie w ekstremalnej sytuacji stają się o wiele gorsi – również dla siebie – niż żądne mięsa potwory… Duże brawa należą się aktorom, właśnie za to przekonanie nas co do koncepcji reżysera. Sprawnie zrobione kino grozy, które z przyjemnością zobaczy każdy fan tego gatunku.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
niedziela, 9 października 2016
Recenzja Snajper (American Sniper) yoy.tv
Tytułowy „Snajper” to Chris Kyle, chłopak z Teksasu, który wstąpił do marines, a podczas kolejnych czterech zmian w Iraku zapracował na miano legendy armii. Za jego głowę irakijscy rebelianci i Al-Kaida wyznaczyli rekordową nagrodę.
Chris Kyle urodził się w Teksasie. Wychowano go na twardego, nieco naiwnego mężczyznę o ugruntowanych zasadach moralnych: zawsze pomagaj słabszym. Chris założył rodzinę, karierę zawodową związał z armią. Osiągał świetne wyniki w strzelaniu, został więc wysłany do Iraku jako snajper mający ubezpieczać kolegów w czasie patroli i misji. Jego celność i skuteczność stały się wręcz legendarne, irakijscy bojownicy i Al-Kaida wyznaczyły za jego głowę ogromne nagrody. Chris starał się być dobrym żołnierzem, ale i dobrym ojcem i mężem, a to okazało się niełatwe…
Dla Amerykanów Chris Kyle to bohater: prosty chłopak, typ szeryfa, broniący słabszych i wolności, walczący za ojczyznę, poświęcający życie. Dla Irakijczyków to zabójca, który zlikwidował patrząc przez snajperską lunetę ponad 250 ich rodaków (choć Pentagon potwierdził tylko 160 ofiar na koncie Kyle’a)… Reżyser Clint Eastwood co prawda pokazał nam na ekranie człowieka z krwi i kości, na początku naiwnego, potem coraz bardziej zgorzkniałego, rozumiejącego, że nie uwolni się już od wojny w swojej głowie, próbującego ratować swój związek, ale mimo wszystko podział na dobrych i złych jest wyraźny i pokazany wyłącznie z amerykańskiej perspektywy, co może drażnić. Jeśli portret USA jako szeryfa narodów nam nie przeszkadza (na szczęście on też nie jest tylko lukrowy i podlano go odrobiną goryczy), będziemy w napięciu śledzić losy głównego bohatera do samego finału – film zrealizowano najprostszymi sposobami, bez udziwnień, znakomicie poprowadzono aktorów (rewelacyjny Bradley Cooper w roli Kyle’a!), zadbano o kilka świetnie zmontowanych sekwencji (walka podczas burzy piaskowej), jest nawet wątek snajperskiego pojedynku przypominający nieco rywalizację z „Wroga u bram”. Ogląda się to znakomicie, „Snajper” zdobył zresztą aż 6 nominacji do Oscarów (w tym za najlepszy film, za scenariusz adaptowany i dla najlepszego aktora pierwszoplanowego – wspomniany Cooper) i otrzymał jedną ze statuetek (montaż dźwięku). Mocne męskie kino w starym stylu.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Chris Kyle urodził się w Teksasie. Wychowano go na twardego, nieco naiwnego mężczyznę o ugruntowanych zasadach moralnych: zawsze pomagaj słabszym. Chris założył rodzinę, karierę zawodową związał z armią. Osiągał świetne wyniki w strzelaniu, został więc wysłany do Iraku jako snajper mający ubezpieczać kolegów w czasie patroli i misji. Jego celność i skuteczność stały się wręcz legendarne, irakijscy bojownicy i Al-Kaida wyznaczyły za jego głowę ogromne nagrody. Chris starał się być dobrym żołnierzem, ale i dobrym ojcem i mężem, a to okazało się niełatwe…
Dla Amerykanów Chris Kyle to bohater: prosty chłopak, typ szeryfa, broniący słabszych i wolności, walczący za ojczyznę, poświęcający życie. Dla Irakijczyków to zabójca, który zlikwidował patrząc przez snajperską lunetę ponad 250 ich rodaków (choć Pentagon potwierdził tylko 160 ofiar na koncie Kyle’a)… Reżyser Clint Eastwood co prawda pokazał nam na ekranie człowieka z krwi i kości, na początku naiwnego, potem coraz bardziej zgorzkniałego, rozumiejącego, że nie uwolni się już od wojny w swojej głowie, próbującego ratować swój związek, ale mimo wszystko podział na dobrych i złych jest wyraźny i pokazany wyłącznie z amerykańskiej perspektywy, co może drażnić. Jeśli portret USA jako szeryfa narodów nam nie przeszkadza (na szczęście on też nie jest tylko lukrowy i podlano go odrobiną goryczy), będziemy w napięciu śledzić losy głównego bohatera do samego finału – film zrealizowano najprostszymi sposobami, bez udziwnień, znakomicie poprowadzono aktorów (rewelacyjny Bradley Cooper w roli Kyle’a!), zadbano o kilka świetnie zmontowanych sekwencji (walka podczas burzy piaskowej), jest nawet wątek snajperskiego pojedynku przypominający nieco rywalizację z „Wroga u bram”. Ogląda się to znakomicie, „Snajper” zdobył zresztą aż 6 nominacji do Oscarów (w tym za najlepszy film, za scenariusz adaptowany i dla najlepszego aktora pierwszoplanowego – wspomniany Cooper) i otrzymał jedną ze statuetek (montaż dźwięku). Mocne męskie kino w starym stylu.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
piątek, 7 października 2016
Recenzja Godzilla - yoy.tv
W najnowszej wersji „Godzilli” gigantyczny jaszczur wyrusza na bój z potworem będącym po części tworem szalonych naukowców. Stawką starcia jest nie tylko panowanie na lądzie i w wodzie, ale i istnienie ludzkiej rasy.
W latach 50. Godzillę podobno unicestwiono przy użyciu broni jądrowej. Kilkadziesiąt lat później naukowcy na Filipinach znaleźli szkielet innego gigantycznego gada. Mijają kolejne lata. Do Japonii przyjeżdża porucznik Ford Brody, którego ojciec oskarżany jest o włamanie się na teren byłej elektrowni atomowej, w której niegdyś zginęła jego żona. Ojciec wyznaje Fordowi, że śmierć matki nie była przypadkiem ani efektem awarii wskutek trzęsienia ziemi – na terenie elektrowni prowadzono badania nad tajemniczym potworem i projekt wymknął się spod kontroli. Ford odkryje, że słowa ojca są prawdą, a badania wciąż trwają. Wkrótce potem obiekt badań niosąc śmierć i zniszczenie wydostanie się na wolność…
To całkiem inny film od swego imiennika w reżyserii Rolanda Emmericha z roku 1998. Reżyser Gareth Edwards nie potraktował legendarnego gada jako stworzenia-demolki. Jego Godzilla to uosobienie pierwotnej siły natury, która zabija i niszczy nie z powodu złośliwości czy widzimisię – walczy o przetrwanie, poluje, ma instynkt łowcy. Nie jest w żaden sposób upersonifikowany, to drapieżne zwierzę. Jeśli dodamy do tego ponurą scenografię metropolii spowitej chmurami dymu, oparami, rozżarzonej pożarami, otrzymamy obrazki niczym z końca ery dinozaurów: olbrzymie potwory walczą z sobą, a świat płonie. Ludzie są tylko dodatkiem, mogłoby ich nie być, nie liczą się w tej walce. Trzeba przyznać, że sceny pogrążającego się w chaosie, mroku i ogniu miasta, w którym potworów widać tylko fragmenty lub tylko słychać ich głosy (Edwards stara się wzorem „Szczęk” Spielberga pokazywać zwierzęta jak najdyskretniej) robią przytłaczające wrażenie! Od strony wizualnej to mistrzostwo świata (film kosztował aż 160 milionów dolarów!). Problem tkwi w postaciach, potraktowanych albo po macoszemu, albo pokazanych jak papierowe ludziki – ten film zdecydowanie trzyma się na efektach i gadach, a nie na dialogach i psychologicznej głębi ludzkich bohaterów.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
W latach 50. Godzillę podobno unicestwiono przy użyciu broni jądrowej. Kilkadziesiąt lat później naukowcy na Filipinach znaleźli szkielet innego gigantycznego gada. Mijają kolejne lata. Do Japonii przyjeżdża porucznik Ford Brody, którego ojciec oskarżany jest o włamanie się na teren byłej elektrowni atomowej, w której niegdyś zginęła jego żona. Ojciec wyznaje Fordowi, że śmierć matki nie była przypadkiem ani efektem awarii wskutek trzęsienia ziemi – na terenie elektrowni prowadzono badania nad tajemniczym potworem i projekt wymknął się spod kontroli. Ford odkryje, że słowa ojca są prawdą, a badania wciąż trwają. Wkrótce potem obiekt badań niosąc śmierć i zniszczenie wydostanie się na wolność…
To całkiem inny film od swego imiennika w reżyserii Rolanda Emmericha z roku 1998. Reżyser Gareth Edwards nie potraktował legendarnego gada jako stworzenia-demolki. Jego Godzilla to uosobienie pierwotnej siły natury, która zabija i niszczy nie z powodu złośliwości czy widzimisię – walczy o przetrwanie, poluje, ma instynkt łowcy. Nie jest w żaden sposób upersonifikowany, to drapieżne zwierzę. Jeśli dodamy do tego ponurą scenografię metropolii spowitej chmurami dymu, oparami, rozżarzonej pożarami, otrzymamy obrazki niczym z końca ery dinozaurów: olbrzymie potwory walczą z sobą, a świat płonie. Ludzie są tylko dodatkiem, mogłoby ich nie być, nie liczą się w tej walce. Trzeba przyznać, że sceny pogrążającego się w chaosie, mroku i ogniu miasta, w którym potworów widać tylko fragmenty lub tylko słychać ich głosy (Edwards stara się wzorem „Szczęk” Spielberga pokazywać zwierzęta jak najdyskretniej) robią przytłaczające wrażenie! Od strony wizualnej to mistrzostwo świata (film kosztował aż 160 milionów dolarów!). Problem tkwi w postaciach, potraktowanych albo po macoszemu, albo pokazanych jak papierowe ludziki – ten film zdecydowanie trzyma się na efektach i gadach, a nie na dialogach i psychologicznej głębi ludzkich bohaterów.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
środa, 5 października 2016
Recenzja Rob Roy - yoy.tv
Rok 1713. Rob pożycza od markiza pieniądze pod zastaw ziemi. Pożyczka zostaje skradziona. Za darowanie długu Rob ma złożyć fałszywe oświadczenie przeciwko księciu. Gdy odmawia, zostaje ogłoszony banitą.
Początek XVIII wieku, Szkocja. Rob Roy (Liam Neesen), właściciel ziemski, postanawia pożyczyć od swego protektora, markiza Montrose’a (John Hurt) dużą sumę pieniędzy na zakup bydła, które pozwoli jemu i jego ziomkom przetrwać zimę. W wyniku spisku pieniądze zostają skradzione przez przebywającego na dworze Montrose'a Cunninghama (Tim Roth). W zamian za odroczenie spłaty Montrose proponuje Royowi świadczenie przeciw jego politycznemu przeciwnikowi. Dumny Szkot odmawia, ściągając na siebie gniew angielskiego arystokraty. Przeciw ukrywającemu się w górach Rob Royowi wysyła armię, na czele której staje Cunningham. Rozpoczyna się wojna...
Scenariusz oparto na powieści Waltera Scotta, zresztą legenda o dzielnym szkockim góralu żywa jest w Szkocji do dziś. Powstał film z wartką akcją, doborową obsadą (Tim Roth za rolę nikczemnego Cunninghama nominowany był do Oskara, dodatkowo Jessica Lange), zapierającymi dech w piersiach widokami Szkocji oraz inspirowaną szkockim folklorem muzyką autorstwa Cartera Burnwella.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Początek XVIII wieku, Szkocja. Rob Roy (Liam Neesen), właściciel ziemski, postanawia pożyczyć od swego protektora, markiza Montrose’a (John Hurt) dużą sumę pieniędzy na zakup bydła, które pozwoli jemu i jego ziomkom przetrwać zimę. W wyniku spisku pieniądze zostają skradzione przez przebywającego na dworze Montrose'a Cunninghama (Tim Roth). W zamian za odroczenie spłaty Montrose proponuje Royowi świadczenie przeciw jego politycznemu przeciwnikowi. Dumny Szkot odmawia, ściągając na siebie gniew angielskiego arystokraty. Przeciw ukrywającemu się w górach Rob Royowi wysyła armię, na czele której staje Cunningham. Rozpoczyna się wojna...
Scenariusz oparto na powieści Waltera Scotta, zresztą legenda o dzielnym szkockim góralu żywa jest w Szkocji do dziś. Powstał film z wartką akcją, doborową obsadą (Tim Roth za rolę nikczemnego Cunninghama nominowany był do Oskara, dodatkowo Jessica Lange), zapierającymi dech w piersiach widokami Szkocji oraz inspirowaną szkockim folklorem muzyką autorstwa Cartera Burnwella.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
poniedziałek, 3 października 2016
Recenzja Django (Django Unchained) - yoy.tv
Tarantino nawet książkę telefoniczną sfilmowałby w fascynujący sposób, a w jego rękach materiał wyjściowy okazałby się prawdopodobnie pełnokrwistym i niemal gotowym scenariuszem filmowym.
Tutaj nie musiał aż tak kombinować, a w dodatku trudno powiedzieć, żeby nie trzymał się faktów. Tarantino, czyni swoim bohaterem czarnoskórego niewolnika a potem rewolwerowca, Django, który na pozór pasuje do westernu jak pieść do nosa. Ale tylko pozornie, bo jeśli wierzyć źródłom historycznym statystycznie co trzeci kowboj na Dzikim Zachodzie był czarnoskóry. Po wojnie secesyjnej, podobnie jak biali i oni wyjeżdżali na Zachód. Ten fakt jednak wymazano z pamięci historycznej, wykreślając tym samym jedną nację z mitologii Dzikiego Zachodu. Nota bene do tego tematu nawiązywał już 20 lat temu Mario Van Peebles w westernie „Posse – opowieść o Jessse Lee”, uczyniwszy swym bohaterem właśnie czarnoskórego, który w kowbojskim kapeluszu i z coltem w dłoni wymierza sprawiedliwość.
Tarantino okazał się więc wyjątkowo „historyczny’ i… w swoim żywiole, bo western to gatunek do którego nawiązuje bardzo często w swoich filmach, nawet gdy dzieją się współcześnie. Tym razem zabiera nas do Ameryki. Parę lat przed wojną secesyjną. Łowca nagród Niemiec, dr King Schultz wykupuje z rąk oprawców czarnoskórego niewolnika Django, który może mu pomóc w identyfikacji następnych ściganych – braci Brittle. Po zabiciu bandziorów Schultz, będący pod wrażeniem swego nowego towarzysza proponuje Django, już jako wolny człowiek pracował wraz z nim jako łowca nagród. Django zgadza się, ale tylko do czasu gdy będzie go stać na wykupienie z niewoli jego żony, Broomhildy, sprzedanej do majątku okrutnego Candiego. Schultz zgadza się pomóc przyjacielowi uwolnić jego ukochaną.
Fabułą oczywiście nie uwzględnia wszystkich tarantinowksich smaczków: jak choćby ten że ukochana Django czarnoskóra Brunhilda ma na nazwisko von… Że największym rasistą w Candylandzie jest czarny majordomus ( w genialnej interpretacji Samuela L. Jacksona), że właściciel posiadłości niczym Hamlet, trzymając czaszkę sługi w dłoni rozprawia o różnicach rasowych. Tarantino kocha kino i to widać w każdym jego filmie, a tę jego miłość doceniają widzowie, którzy w lot łapią niuanse, rozpoznają cytaty filmowe, tropią nawiązania, czytają tarantinowskie metafory i orientują się w artystycznych plagiatach. A co u Tarantino chyba równie ważne co specyficzny styl to, to że u niego nie ma nudnej postaci, wszystkie mają charakter, osobowość a jeśli brakuje im obu tych zalet ich nijakość czy głupota jest podniesiona do takiego poziomu, który nieodparcie bawi.
Tak jak nie ma źle napisanej postaci, tak nie znajdziemy u Tarantino źle zagranej roli. Tak jest i w Django. Jamie Foxx w roli tytułowej jest wiarygodny zarówno w łachmanach niewolnika, kiczowatym błękitnej liberii lokaja, jak i w stroju rewolwerowca. Oscar dla Christopha Waltza (Schultz) może i należał mu się bardziej za rolę w „Bękartach wojny”, ale równie bezbłędnie zagrał w Django brutalnego, pozbawionego skrupułów zabójcę o idealistycznej duszy romantyka, kryjącej się za poczuciem humoru i lekkim cynizmem. Leonardo DiCaprio, jako właściciel Candylandu to dandysowate królewiątko, łase na wszystko co przerwie jego znudzenie życiem i spowoduje przyrost adrenaliny. No i znów coś co dla Tarantino charakterystyczne, aktorskie wykopaliska, czyli angażowanie do epizodów dawnych aktorskich legend. W tym wypadku to zapomniany już całkiem Don Johnson czy Franco Nero, tytułowy „Django” z filmu z 1966.
Dobre filmy „kurczą się” w oglądaniu i fakt, że „Django” przykuwa nas do fotela na 2 i pół godziny czujemy dopiero po trudnościach z rozprostowaniem kości. Zaskakujący, przykuwający uwagę, ze znakomitymi dialogami, ze scenami, które porażają dramatyzmem czy przemocą i takimi, w czasie których chichotamy jak opętańcy – taki jest właśnie nowy Tarantino. Tylko patrzeć!
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Tutaj nie musiał aż tak kombinować, a w dodatku trudno powiedzieć, żeby nie trzymał się faktów. Tarantino, czyni swoim bohaterem czarnoskórego niewolnika a potem rewolwerowca, Django, który na pozór pasuje do westernu jak pieść do nosa. Ale tylko pozornie, bo jeśli wierzyć źródłom historycznym statystycznie co trzeci kowboj na Dzikim Zachodzie był czarnoskóry. Po wojnie secesyjnej, podobnie jak biali i oni wyjeżdżali na Zachód. Ten fakt jednak wymazano z pamięci historycznej, wykreślając tym samym jedną nację z mitologii Dzikiego Zachodu. Nota bene do tego tematu nawiązywał już 20 lat temu Mario Van Peebles w westernie „Posse – opowieść o Jessse Lee”, uczyniwszy swym bohaterem właśnie czarnoskórego, który w kowbojskim kapeluszu i z coltem w dłoni wymierza sprawiedliwość.
Tarantino okazał się więc wyjątkowo „historyczny’ i… w swoim żywiole, bo western to gatunek do którego nawiązuje bardzo często w swoich filmach, nawet gdy dzieją się współcześnie. Tym razem zabiera nas do Ameryki. Parę lat przed wojną secesyjną. Łowca nagród Niemiec, dr King Schultz wykupuje z rąk oprawców czarnoskórego niewolnika Django, który może mu pomóc w identyfikacji następnych ściganych – braci Brittle. Po zabiciu bandziorów Schultz, będący pod wrażeniem swego nowego towarzysza proponuje Django, już jako wolny człowiek pracował wraz z nim jako łowca nagród. Django zgadza się, ale tylko do czasu gdy będzie go stać na wykupienie z niewoli jego żony, Broomhildy, sprzedanej do majątku okrutnego Candiego. Schultz zgadza się pomóc przyjacielowi uwolnić jego ukochaną.
Fabułą oczywiście nie uwzględnia wszystkich tarantinowksich smaczków: jak choćby ten że ukochana Django czarnoskóra Brunhilda ma na nazwisko von… Że największym rasistą w Candylandzie jest czarny majordomus ( w genialnej interpretacji Samuela L. Jacksona), że właściciel posiadłości niczym Hamlet, trzymając czaszkę sługi w dłoni rozprawia o różnicach rasowych. Tarantino kocha kino i to widać w każdym jego filmie, a tę jego miłość doceniają widzowie, którzy w lot łapią niuanse, rozpoznają cytaty filmowe, tropią nawiązania, czytają tarantinowskie metafory i orientują się w artystycznych plagiatach. A co u Tarantino chyba równie ważne co specyficzny styl to, to że u niego nie ma nudnej postaci, wszystkie mają charakter, osobowość a jeśli brakuje im obu tych zalet ich nijakość czy głupota jest podniesiona do takiego poziomu, który nieodparcie bawi.
Tak jak nie ma źle napisanej postaci, tak nie znajdziemy u Tarantino źle zagranej roli. Tak jest i w Django. Jamie Foxx w roli tytułowej jest wiarygodny zarówno w łachmanach niewolnika, kiczowatym błękitnej liberii lokaja, jak i w stroju rewolwerowca. Oscar dla Christopha Waltza (Schultz) może i należał mu się bardziej za rolę w „Bękartach wojny”, ale równie bezbłędnie zagrał w Django brutalnego, pozbawionego skrupułów zabójcę o idealistycznej duszy romantyka, kryjącej się za poczuciem humoru i lekkim cynizmem. Leonardo DiCaprio, jako właściciel Candylandu to dandysowate królewiątko, łase na wszystko co przerwie jego znudzenie życiem i spowoduje przyrost adrenaliny. No i znów coś co dla Tarantino charakterystyczne, aktorskie wykopaliska, czyli angażowanie do epizodów dawnych aktorskich legend. W tym wypadku to zapomniany już całkiem Don Johnson czy Franco Nero, tytułowy „Django” z filmu z 1966.
Dobre filmy „kurczą się” w oglądaniu i fakt, że „Django” przykuwa nas do fotela na 2 i pół godziny czujemy dopiero po trudnościach z rozprostowaniem kości. Zaskakujący, przykuwający uwagę, ze znakomitymi dialogami, ze scenami, które porażają dramatyzmem czy przemocą i takimi, w czasie których chichotamy jak opętańcy – taki jest właśnie nowy Tarantino. Tylko patrzeć!
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
sobota, 1 października 2016
Recenzja Kac Vegas (The Hangover) - yoy.tv
Czterech kolegów wyrusza do Las Vegas, by świętować wieczór kawalerski jednego z nich. Rano budzą się w hotelu z ogromnym kacem i uświadamiają sobie, że niczego nie pamiętają.
Chyba wszyscy lubimy się śmiać, więc komedie należą do najpopularniejszych gatunków filmowych. Jest to jednak spory problem dla producentów, gdyż owa popularność powoduje także powolną degenerację gatunku - coraz trudniej o oryginalny pomysł i scenariusz. A jeśli już się trafi, trzeba go jeszcze umieć odpowiednio wykorzystać, czyli trafnie obsadzić i dobrze nakręcić, co jak wiadomo nie jest takie łatwe. A jednak twórcom "Kac Vegas" to się udało.
Pomysł wyjściowy jest banalnie prosty: za dwa dni Doug (Justin Bartha) żeni się z Tracy (Sasha Barrese). Zabiera więc swoich dwóch kumpli, Phila (Bradley Cooper) i Stu (Ed Helms) oraz brata Tracy Alana (Zach Galifianakis) na wieczór kawalerski do Las Vegas. Następnego dnia Phil, Stu i Alan budzą się w hotelowym apartamencie z gigantycznym kacem i równie gigantyczną dziurą w pamięci. Pan młody zniknął, w pokoju płacze niemowlak, a łazienkę okupuje żywy tygrys. Pada zwyczajowe w takich sytuacjach pytanie "WTF?" (które w cenzuralny sposób można przetłumaczyć jako "ale o co chodzi?") i panowie podejmują próbę rekonstrukcji wydarzeń ostatniej nocy…
Wiem, wiem - to nie jest komedia wysokich lotów i trzeba lubić tego typu humor, który czasami zalatuję męską szatnią po treningu. I choć wielbiciele błyskotliwych dowcipów w stylu Woody’ego Allena mogą się poczuć zawiedzeni, jednak Todd Phillips jest doświadczonym specjalistą od jazdy po bandzie i rozrywkę, którą proponuje, można śmiało określić jako wysokiej jakości produkt klasy B. A Złoty Glob w kategorii najlepsza komedia lub musical to potwierdza.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Chyba wszyscy lubimy się śmiać, więc komedie należą do najpopularniejszych gatunków filmowych. Jest to jednak spory problem dla producentów, gdyż owa popularność powoduje także powolną degenerację gatunku - coraz trudniej o oryginalny pomysł i scenariusz. A jeśli już się trafi, trzeba go jeszcze umieć odpowiednio wykorzystać, czyli trafnie obsadzić i dobrze nakręcić, co jak wiadomo nie jest takie łatwe. A jednak twórcom "Kac Vegas" to się udało.
Pomysł wyjściowy jest banalnie prosty: za dwa dni Doug (Justin Bartha) żeni się z Tracy (Sasha Barrese). Zabiera więc swoich dwóch kumpli, Phila (Bradley Cooper) i Stu (Ed Helms) oraz brata Tracy Alana (Zach Galifianakis) na wieczór kawalerski do Las Vegas. Następnego dnia Phil, Stu i Alan budzą się w hotelowym apartamencie z gigantycznym kacem i równie gigantyczną dziurą w pamięci. Pan młody zniknął, w pokoju płacze niemowlak, a łazienkę okupuje żywy tygrys. Pada zwyczajowe w takich sytuacjach pytanie "WTF?" (które w cenzuralny sposób można przetłumaczyć jako "ale o co chodzi?") i panowie podejmują próbę rekonstrukcji wydarzeń ostatniej nocy…
Wiem, wiem - to nie jest komedia wysokich lotów i trzeba lubić tego typu humor, który czasami zalatuję męską szatnią po treningu. I choć wielbiciele błyskotliwych dowcipów w stylu Woody’ego Allena mogą się poczuć zawiedzeni, jednak Todd Phillips jest doświadczonym specjalistą od jazdy po bandzie i rozrywkę, którą proponuje, można śmiało określić jako wysokiej jakości produkt klasy B. A Złoty Glob w kategorii najlepsza komedia lub musical to potwierdza.
TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















