wtorek, 28 czerwca 2016

Recenzja 127 godzin (127 Hours) - yoy.tv

Przypadek Arona Ralstona, bohatera filmu "127 godzin”, pokazał, że człowiek nade wszystko ceni życie i aby przeżyć, gotowy jest na niemal wszystko!


Aron Ralston, bohater filmu, to postać autentyczna. Urodził się w roku 1975, uwielbiał – i wciąż uwielbia – sporty ekstremalne: jazdę rowerem po wertepach, wspinaczkę (odnosi zresztą w tym niemałe sukcesy). W 2003 roku przydarzył mu się wypadek, który opisał w książce „Between A Rock And A Hard Place”; powieść ta posłużyła jako materiał wyjściowy do scenariusza „127 godzin”.


W feralnym dniu w maju 2003 roku Aron wspinał się w Blue John, kanionie w stanie Utah. Nie poinformował nikogo, gdzie się wybiera (nigdy tego nie robił, po wypadku robi to już zawsze; mądry Amerykanin po szkodzie…). Podczas wspinaczki spadł, a duży głaz przygniótł mu rękę do skały. Zaczął się koszmar – był niewidoczny z powietrza, nikt nie mógł go usłyszeć, nie mógł się uwolnić, mijały kolejne godziny, potem dni… W obliczu śmierci Ralston podjął decyzję o odcięciu martwej już ręki! Okazało się, że nie jest to wcale takie łatwe zadanie. A jeśli nawet się powiedzie, to trzeba się jeszcze wydostać z kanionu (20 metrów po stromej skale) i dotrzeć do auta (13 kilometrów przez skalisty teren)…


Te właśnie wydarzenia przedstawia film Danny’ego Boyle’a. Jeden człowiek, jedna podręczna kamera, na którą nagrywa swe wyznania, jeden nieruchomy głaz, jedna martwa ręka – wydawać by się mogło, że nudniej być nie może. Tymczasem film Boyle’a pulsuje życiem, skrzy się humorem, jest niezwykle dynamiczny (sekwencje psychodelicznych wizji wycieńczonego Ralstona) i trzyma w napięciu bardziej niż większość dreszczowców. Ogromna w tym zasługa wspaniałej kreacji Jamesa Franco (Aron), ale także operatora i montażysty. Powstała wstrząsająca opowieść o tym, jak wiele człowiek może poświęcić, by przeżyć. Film obsypano nagrodami i nominacjami: było wśród nich sześć nominacji do Oscara (w tym za najlepszy film roku) i trzy do Złotego Globu. Wszystkie zasłużone.


Co zaś do ręki Ralstona – nie zdradzimy chyba niczego zaskakującego dla rozwoju fabuły, odcięcie przez niego ręki to wszak fakt swego czasu komentowany we wszystkich telewizjach – to nie miał żadnych szans na jej samodzielne wyciągnięcie. Głaz, który przycisnął mu rękę do skały, ważył około 400 kilogramów. Zniszczenia, które poczynił, były ogromne – po pięciu dniach ręka Ralstona była już martwa. Mimo to mężczyzna musiał wykazać się niezwykłym hartem ducha: specjalną dźwignią połamał kość promieniową i łokciową, potem swym wielofunkcyjnym, tępym, na jego nieszczęście, scyzorykiem poprzecinał wszystkie miękkie tkanki wokół złamania. Ostatnim punktem było przerwanie wbudowanymi w scyzoryk kombinerkami ścięgien i nerwów – te akurat nie były do końca martwe… Cały zabieg zajął mu ponad godzinę. Tak długi czas wynikał z kiepskiej jakości ostrzy w scyzoryku – Ralston sam stwierdził potem, że kiedyś połasił się na pieniądze i kupił najtańszy sprzęt za 15 dolarów…


Kłopot z wyciagnięciem jego odciętej ręki miała ekipa złożona z… 13 silnych mężczyzn dysponujących wyciągarką! Ręka została skremowana, a jej były właściciel rozsypał prochy na miejscu tragedii.

TV - http://yoy.tv/
Facebook - https://www.facebook.com/yoytv
Google+ - https://plus.google.com/+YoyTv
Youtube - http://www.youtube.com/c/YoyTv

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz